Czwartek, 17 maja 2012

Pardon

Poppolityka. Prawdy, emocje i pogłoski

Profil użytkownika:

intel-e-gent
intel-e-gent
Niedokończony politolog, niewydany pisarz i całkiem udany bloger o niepotwierdzonym (ale i niezaprzeczonym) żydowskim pochodzeniu. Elitarysta i socjalista w jednym...
Ilość odwiedzin: 39891

Ulubione blogi:

RSS

Blog użytkownika

Czwartek [21.04.2011, 13:07]
Wysoki sąd uznał, że bez mała 1000 głosów kupionych przez działaczy Platformy Obywatelskiej nie miało znaczenia dla wyniku wyborów, które Piotr Kruczkowski wygrał w Wałbrzychu różnicą 325 głosów. Sędzia Małgorzata Wurm-Klag uznała, że proceder miał znikome rozmiary.

W Wałbrzychu głosowało jakieś 40 tysięcy osób, więc 1000 kupionych głosów daje nam jakieś 2,5%. Co przy tak niewielkiej różnicy w wyniku wyborczym obu kandydatów w drugiej turze (wyniki zniknęły ze strony PKW) jednak sprawia różnicę. Szczególnie, że mówimy o przypadkach kupowania głosów na które są świadkowie i zeznania. Nie znamy więc całej skali procederu.

Jednak sąd posiada wiedzę tajemną, która umożliwia mu stwierdzenie, że nie wpłynęło to na wynik wyborów.

Co więcej, sąd nie zajął się nawet zeznaniami Mirosława Lubińskiego (przegranego kandydata), który twierdził, że głosy były też ordynarnie fałszowane przez komisje wyborcze. Pani Wurm-Klag nie raczyła nawet podać przyczyny, dla której tak zrobiła. Zapewne również dysponuje wiedzą tajemną, umożliwiającą jej stwierdzenie bez przejrzenia kart, że nic takiego się nie stało.

Dla Platformy Obywatelskiej jest to znak, że zrobiła dobrze właśnie w ten sposób wygrywając wybory w Wałbrzychu. Trzeba było, co prawda, parę osób poświęcić jako tzw. kozły ofiarne, ale kto by się tym przejmował w sytuacji, w której nadal kontroluje miejski ratusz i miejskie spółki?

Szczerze mówiąc, oczekiwałem wczoraj (i dziś) jakichś komentarzy w mediach w tej sprawie. Ale w "Faktach" ważniejszy był roczny chłopiec po operacji serca, a TVP wolała zajmować się PiS-em. Również komentatorzy "Gazety Wyborczej" tak zażarcie broniący demokracji, niegdyś przed SLD, a potem przed PiS-em, nie zająknęli się nawet o tej sprawie i kuriozalnym wyroku sądu.

Z którego płynie wniosek, że wybory kupować można. Oczywiście, o ile jest się z PO.

Do następnego,

Intel-e-gent

16 komentarzy

Środa [20.04.2011, 0:32]
Przedwczoraj Palikot proponował zamknięcie Kaczyńskiego, a wczoraj ustami swojego złotoustego inaczej rzecznika prasowego SLD zaproponowało delegalizację Prawa i Sprawiedliwości. Jak tylko Jarosław Kaczyński odejdzie od łóżka matki pomyśli, że ma równocześnie urodziny, gwiazdkę i Dzień Dziecka.

Na dokładkę Sojusz chce zakazu tzw. mowy nienawiści wobec homoseksualistów. Co współgra dziwnie z całkiem niedawną propozycją PiS, by zakazać mowy nienawiści w polityce. Niektórzy antygejowscy działacze pomyślą, że umarli i trafili do nieba. Szczególnie, że prawo umożliwiajace ściganie nienawiści tego typu już jest, tylko nikt nie potrafi tego wykorzystać.

Zacznijmy od tego, że póki co PiS nie dało powodu do delegalizacji. Tak jak nie Kaczyński nie dał powodu do tego, by go zamykać w więzieniu za próbę obalenia ustroju. Partia tak, jak jej lider, działa wciąż na granicy, śliskiej, ale wciąż w ramach demokratycznego porządku. Równie dobrze można było domagać się zamknięcia Jana Rokity i Zbigniewa Ziobry w czasach gdy brylowali w komisji rywinowskiej.

Takie sugestie są wodą na młyn pisowskiej propagandy i póki co lepiej tak naprawdę ignorować tę partię niż pozwalać sądzić jej politykom, że ich hasła wzbudzają jakieś zainteresowanie. I mają jakiś oddźwięk. Oczywiście, około 30% wyborców w jakiś sposób popiera PiS, ale jeżeli będzie się ignorować nieprawych i niesprawiedliwych, zainteresowanie tym bełkotem szybko spadnie.

Rozumiem doskonale, że rzecznik prasowy SLD chce na siłę zaistnieć. Ale naprawdę mógłby to robić używając mózgu.

Do następnego,

Intel-e-gent

54 komentarze

Poniedziałek [18.04.2011, 16:23]
Ustami niedawnego cyngla Platformy, działającego obecnie na własny rachunek, zaproponowano więzienie dla Jarosława Kaczyńskiego. O lepszym prezencie szef Prawa i Sprawiedliwości nie mógł marzyć. To tak, jakby wielkanocny zajączek zamienił się dla niego w Świętego Mikołaja.

To, że Janusz Palikot może mieć rację, że to co robi Jarosław Kaczyński wyczerpuje znamiona artykułu 128 Kodeksu Karnego (kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3), nie ma tu znaczenia. Dla wyznawców żoliborskiego guru jego aresztowanie byłoby pretekstem do wielkich demonstracji, w czasie których pochodnie byłyby tylko akcesorium do podpalania butelek z benzyną.

Fakt, szef PiS w ostatnim czasie zdecydowanie przegina w swojej totalnej krytyce rządu i prezydenta. Jego słowa ocierają się o kwestionowanie demokratycznego i prawnego porządku RP, ale wciąż jeszcze, JESZCZE mieszczą się w granicach wolności słowa. Nawet jeśli nie podobają się nam marsze z pochodniami i porównania obecnej władzy do władz PRL, to nie odbiega to za bardzo od tego co pod przewodem Platformy robiliśmy w 2007 roku. Wtedy też porównywaliśmy rząd do rządu PRL. I jakoś nikt nie chciał używać art. 128 KK. A już szczególnie Janusz Palikot.

Dla Jarosława Kaczyńskiego zamknięcie w więzieniu byłoby wzmocnieniem mitu, który pracowicie buduje od dawna. Jego wyznawcy scementowaliby się jeszcze mocniej wokół niego i wokół lidera, który w zaciszu więziennej celi opisywałby swoją walkę na kartach książki.

Do następnego,

Intel-e-gent

http://lewysierpowy.blox.pl/2011/04/Dorwac-Ma...

46 komentarzy

Czwartek [17.03.2011, 0:04]
Wydaje się, że Donald Tusk zakończył drugie, po Rejestrze Stron Niedozwolonych, podejście do objęcia internetu ściślejszą kontrolą. Z łaskawością godną średniowiecznego monarchy pochylił się nad licznymi protestami i nakazał senatorom wycofanie kontrowersyjnych zapisów.Premier rzekł był:

Użytkownicy internetu mają prawo wyrażać niepokój, że każda regulacja może ograniczyć wolność. Dlatego zaproponowałem senatorom, by Senat usunął z ustawy całą tę część, która ma regulować internet.

Premier Tusk nakazał też przejrzenie wątpliwych zapisów i przypomniał z bolesnym wyrzutem, że przecież od dłuższego czasu trwały już prace nad tym projektem:

Poleciłem rzetelnie zbadać, co w tej ustawie jest jednoznaczną implementacją prawa europejskiego, a co radosną twórczością urzędników lub parlamentarzystów. Ta ustawa była procedowana od dłuższego czasu, i nie budziła żadnych wątpliwości w Sejmie ani wśród środowisk zainteresowanych tą ustawą.


Warto jednak zauważyć, że uwagę opinii publicznej zajmowały w tym czasie takie sprawy jak śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej oraz kwestia emerytalna. Z których tylko jedna jest tak naprawdę istotna.

Sprawa OFE i systemu emerytalnego jest, rzecz jasna, bardzo ważna. Donald Tusk i Platforma chcą przesunąć obecny i bolesny dług w bliżej nieokreśloną przyszłość. W każdym razie, wybiegającą poza obecną i następną kadencję Sejmu. Choć faktem jest też, że w zasadzie nie widać powodów, dla których na zadłużaniu się państwa mają zarabiać jakieś bezosobowe korporacje. Ale to kwestia do dyskusji, którą rząd zresztą stara się ograniczać. Jakby była dla niego niewygodna.

Trzeba podkreślić, że to było już drugie podejście do jakiejś formy cenzurowania internetu. Tym razem znacznie inteligentniejsze niż poprzednie, które było zbyt łatwe do przejrzenia. Cała "praca" z pilnowaniem, by internauci zbytnio się nie rozhasali miała spać na Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, a pretekstem do tego jest konieczność dostosowania przepisów do wymogów unijnych.

Z czego Platforma Obywatelska, która tak zażarcie broni nas przed Prawem i Sprawiedliwością (które chwali Węgry za to, że premier Orban wziął media i internet za mordę), chętnie skorzystała. I nie wierzę, podkreślam, że NIE WIERZĘ, aby cała ta "radosna" twórczość parlamentarzystów PO odbyła się całkowicie bez wiedzy premiera. Platforma jest zbyt scentralizowaną partią, by takie rzeczy odbywały się bez inspiracji jej szefa. Którym jest Donald Tusk.

Warto też podkreślić, że drugi już raz możliwość ocenzurowania internetu zatrzymali internauci. Przy całkiem mocnym wsparciu mediów, które zorientowały się, że ktoś szykuje na nie kaganiec.

Przy okazji, Donald Tusk kolejny raz wystąpił w roli łaskawego władcy, który powstrzymuje niecne zapędy swoich podwładnych. Dokładnie tak samo, po dość sławnej debacie z blogerami, zrobił rok temu. Wycofał się wtedy rakiem z pomysłów, które wcześniej popierał.

W tym roku różnica była taka, że Donald Tusk zręcznie udaje, że nie ma absolutnie nic wspólnego z całą inicjatywą. Która w tej chwili wygląda tak, jakby nie miała autora. Jakby było można, to pewnie posłowie Platformy zrzuciliby winę na PiS, ale chyba nie mają takiej możliwości.

Stawiam na to, że jeżeli PO wygra wybory na jesieni (bądź na wiosnę, w zależności od tego jak szybko będzie dołować w sondażach), to protesty w internecie już nie powstrzymają Tuska od wzięcia internetu za mordę.

Do następnego,

Intel-e-gent
11 komentarzy

Środa [12.01.2011, 13:35]
No to mamy raport MAK. Wiemy już więcej o przyczynach katastrofy, choć tak naprawdę jednym newsem jest poziom alkoholu we krwi dowódcy Polskich Sił Powietrznych. Generał Błasik miał 0,6 promila we krwi, więc musiało wesoło być na pokładzie.

Podstawowa przyczyna wskazana przez Rosjan nie różni się od podejrzeń wysuwanych już 10 kwietnia - winna jest presja wywierana na pilotach. Wkurzać może, najwyżej, to że Rosjanie prześlizgnęli się zgrabnie nad fatalnym stanem technicznym lotniska i własnym bałaganem kompetencyjnym, który sprawił, że nikt nie powiedział, aby Polacy nie lądowali w Smoleńsku.

Nie zmienia to jednak w niczym polskiej winy. Za katastrofę odpowiadają Polacy, bo żaden Rosjanin nie stał nad głowami pilotów z naganem i nie kazał im lądować. To piloci nie poradzili sobie z presją generała Błasika, który z kolei nie poradził sobie z niewypowiedzianym żądaniem prezydenta Kaczyńskiego.

Dla zwolenników teorii spiskowych i zwolenników PiS te tezy są, oczywiście, nie do przyjęcia. Nie do przyjęcia jest bowiem dla nich myśl, że na pokładzie był wesoły autobus, którego pasażerowie wesoło popili i z fantazją o ziemię uderzyli.

Nie mówiąc o tym, że 0,6 promila to przecież "nic takiego".

Na przyszłość proponuję, aby kabina pilotów była przed startem VIP-ów starannie zaspawana, a komunikacja była ograniczona do komunikatów kapitana. Tak, aby nie było szansy na wywieranie presji.

Do następnego,

Intel-e-gent
35 komentarzy

Wtorek [11.01.2011, 16:35]
W Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy denerwuje mnie szum z nią związany. Doceniam, oczywiście, energię Jerzego Owsiaka, któremu chce się organizować każdego roku finał i walczyć o sponsorów. Doceniam, że angażuje młodych ludzi, którzy w innym wypadku tkwiliby bezczynnie przed komputerem albo telewizorem. Ale wynik...

Wyniki Owsiaka wbrew pozorom nie oszałamiają. Gigantyczna akcja medialna przynosi sumę na poziomie promila funduszy będących każdego roku w dyspozycji NFZ. To nie jest dużo i źle świadczy o naszej ofiarności. O Owsiaku nie świadczy to nijak, ani źle ani dobrze, może najwyżej o tym, że potrafi się cieszyć rzeczami małymi.

Poznałem go kiedyś i odniosłem wrażenie, że to sympatyczny, zakręcony facet. Doceniam jego wysiłki. Ale nie uważam, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest wielkim sukcesem. Bo nie jest. Gigantyczne firmy deklarują ofiarność, ludzie wrzucają pieniądze do puszki i...

40 milionów? W służbie zdrowia to nawet na waciki nie wystarczy.To nawet w widoczny sposób nie przyspieszy tempa modernizacji sprzętu. A daje, niestety, decydentom wygodne alibi - Owsiak kupi inkubatory. Możemy kupić limuzyny.

WOŚP spełnia, tak naprawdę, inną ważną rolę. Nie chodzi tu o dzieci (choć Owsiakowi może i chodzi). Tu chodzi o to, byśmy uspokoili własne sumienie wrzucając do puszki parę złotych. By tłusty prezes firmy, który właśnie zwolnił 1000 osób, bo przeniósł produkcję do kraju, w którym pracuje się za miskę ryżu mógł uspokoić swoje sumienie i nie pamiętał o ludziach być może skazanych na bezrobocie, by on mógł sobie kupić kolejną 50 calową plazmę. To o to w tym chodzi.

A to oznacza, że nie jest to nic innego jak hipokryzja. Ludzi, którzy naprawdę coś robią dobrego nie spotkamy z puszką na ulicy. Ci ludzie stoją przy szpitalnych łóżkach, myją tyłki pacjentom hospicjów. Ci ludzie chodzą po ulicy i rozdają igły narkomanom.

WOŚP jest dla nas. Możemy zająć się dobroczynnością nie wąchając gówna i nie zbliżając się do tych, którzy pomocy potrzebują.

Abstrahując od Owsiaka, po prostu przez jeden dzień w roku udajemy jacy to jesteśmy zajebiści.

My, hipokryci.

Do następnego,

Intel-e-gent
75 komentarzy

Wtorek [ 4.01.2011, 18:54]
Chyba będę musiał kupić najnowszą książkę Grossa. Widzę, że wzbudza niemałe emocje. I całkiem słusznie, bo odbrązawianie historii narodu zawsze wzbudza emocje.

Nie zamierzam dyskutować na temat treści książki - może jak ją przeczytam, będę mógł się odnieść do rzekomych błędów merytorycznych Grossa. Ale tak naprawdę cała medialna dyskusja tego nie dotyczy.

Emocje sięgają bowiem zenitu dlatego, że kolejny raz ktoś robi zamach na mający się wciąż dobrze mit o tym, jacy to Polacy szlachetni byli w czasie II wojny światowej. I że nie splamili się kolaboracją z okupantem.

Za przeproszeniem, ale to, że Polacy byli tacy szlachetni i w ogóle ekstra, to gówno prawda.

Tak się składa, że historię trochę znam. Dodatkowo uważnie słuchałem opowieści pokolenia swoich dziadków. Uważnie i krytycznie. Dzięki czemu mogłem dojść do zdroworozsądkowego wniosku, że teoria o szlachetności Polaków jest taką samą bzdurą jak twierdzenie, że Polacy tylko czyhali na to, by Żydów wydać Gestapo.

Powiedzmy to sobie wreszcie szczerze i wprost - nie trzeba być historykiem, aby domyślić się, że większość Polaków była po prostu obojętna. I wolała nie widzieć, co z Żydami się dzieje. Także dlatego, że Polacy mieli własne problemy. Ale Francuzi i Holendrzy wcale lepsi nie byli, a mieli o niebo lepsze warunki podczas okupacji niż my.

Powiedzmy też sobie wreszcie, że nie mieliśmy żadnego rządu kolaboracyjnego tylko i wyłącznie dlatego, że naziści nie szukali w Polsce kolaborantów. Gdyby ich szukali, to znaleźliby ich w kilka dni. I to zarówno w 1939 jak i później.

Spójrzmy też w lustro i nie bójmy się prawdy o tym, że spora grupa Polaków przez całą wojnę żyła z wydawania Żydów, z rabowania ich itp. I że sporo Polaków chętnie mordowało swoich sąsiadów. Tak samo robiły też inne narody co, oczywiście, Polaków nie usprawiedliwia. Ale pokazuje, że nie odbiegamy od normy.

I powiedzmy też sobie z dumą, że mamy najwięcej drzewek w Yad Vashem. Bo wielu Polaków z narażeniem życia ratowało Żydów. Wśród nich byli także antysemici. Ba, nawet szmalcownicy decydowali się na próby ocalenia tych, których przedtem bezlitośnie łupili.

To wszystko to po prostu przekrój ludzkich zachowań w sytuacji krytycznej. Większość zawsze jest obojętna, a mniejszości - bohaterskie lub łajdackie. Nigdy nie jest tak, że wszycy są herosami albo wszyscy szujami. Polacy nie są odstępstwem od tej normy, co warto zrozumieć.

Warto, choćby dlatego, aby poradzić sobie z poczuciem winy. I z bezsensownym kompleksem wyższości Polski jako Mesjasza Narodów. Żaden z nas, Polaków, naród wybrany. Jesteśmy po prostu całkowicie normalnym narodem mającym swoje kompleksy, zalety, wady i trupy w szafach.

Im prędzej to zaakceptujemy, tym lepiej dla nas.

Do następnego,

Intel-e-gent
24 komentarze

Piątek [24.12.2010, 16:09]
W imieniu swoim i całej redakcji Pardonu życzę Wam wszystkim, kochani Czytelnicy wesołych, zdrowych i pogodnych Świąt.

Życzę Wam, abyście spędzili je z osobami, które kochacie i żeby Waszym największym problemem przez te dni była kwestia "co zrobić z kolejnymi grubymi skarpetkami".

A wszystkim, którzy Świąt nie obchodzą, życzę przyjemnego weekendu. I choć chwili oddechu od codziennego pośpiechu.

Andrzej Mandel
26 komentarzy

Czwartek [23.12.2010, 11:55]
Ostatnie parę dni politycy żyli tym, jakoby Jarosław Kaczyński nie rozpoznał w Warszawie swojego brata, którego rozpoznał w Smoleńsku. Szczególnie, że prezes PiS nie wytłumaczył jak miałoby dojść do tajemniczej transmutacji Lecha Kaczyńskiego, ani dlaczego nie interweniował wcześniej.

Oczywiście jest to, szczególnie dla rządu, znacznie wygodniejszy temat niż podatki, czy fakt, że z zapowiadanej ofensywy legislacyjnej uchwalono raptem 6 z 50 ustaw. Generalnie jest to temat wygodniejszy dla wszystkich, bo ma wszystko co potrzeba, aby go dobrze sprzedać. Mamy tajemnicę, mamy aferę i napięcie. Samograj medialny.

Dziś tajemnicę wyjaśniał zięć Lecha Kaczyńskiego, który stwierdził, że nie było to nic innego jak kwestie "kosmetyczne". Widać pracownicy prosektorium tak ucharakteryzowali prezydenta, że nie przypominał samego siebie i zmylili biednego Jarosława Kaczyńskiego.

Skoro więc o to chodziło, a nie o zmartwychwstanie czy podmianę ciała, to zastanawiają intencje Jarosława Kaczyńskiego. Które wydają się być dość jasne - zamierza on korzystać ze "smoleńskiej karty" tak długo jako to jest możliwe. Zapewnia mu to trwałą uwagę.

Co więcej, opłaca się to też Platformie, bo w ten sposób Kaczyński odwraca uwagę od realnych problemów. Z którymi zresztą PiS nie ma jak się zmierzyć, bo wszyscy mający choć odrobinę merytorycznej wiedzy politycy poszli już do PJN.

Czeka nas więc dalszy ciąg tej makabreski smoleńskiej. Co wcale mnie nie cieszy.

Do następnego,

Intel-e-gent
15 komentarzy

Sobota [23.10.2010, 21:38]


W zeszłym tygodniu niemal niezauważenie przemknęła wieść, że przedstawiciele Skarbu Państwa w spółce Presspublica złożyli wniosek o jej rozwiązanie. Przypomnę, że ta spółka jest wydawcą "Rzeczpospolitej". Czyli, mówiąc wprost, rząd domaga się likwidacji wydawcy "Rzepy".

Oficjalny powód, to słabe wyniki spółki, notującej od lat straty. Zarówno finansowe jak i w ilości czytelników. Tyle że w porównaniu do bezpośredniej konkurencji, czyli "Dziennika Gazety Prawnej", "Rzeczpospolita" nadal trzyma się nieźle.

Uzasadnione jest więc podejrzenie, że w aksamitny sposób rząd chce się pozbyć niewygodnej, bo wyraźnie antyrządowej gazety.O co posądzają ministra Grada i premiera Tuska nie tylko dziennikarze "Rzepy", ale również publicyści "Wyborczej".

Podejrzenie jest tym bardziej zasadne, że z tego co czytałem wynika, że prawa do tytułu przejdą na rządową spółkę - PW Rzeczpospolita. Pytanie więc, czy aby na pewno rządowi chodzi o troskę o publiczne pieniądze czy też chce on wyeliminować dość poczytny dziennik będący wobec rządu mocno krytyczny.

Coś mi się widzi, że nawet taki lewak jak ja będzie musiał bronić "Rzeczpospolitej".

Do następnego,

Intel-e-gent

24 komentarze
« Następne Oglądasz 1–10 z 89

Ostatnie komentarze

© Pardon 2006-2012. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszystkie tagi | Kontakt | Reklama
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. | FAQ

używane auta, nieruchomości ogłoszenia, RTV - telewizory, kamery wideo, AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe, notebooki, laptopy, biustonosze, perfumy, buty damskie, bielizna damska